Angelika Kawecka: Nie był Pan grzecznym chłopcem. Alkohol i narkotyki to część Pana historii. Czy to doświadczenie pomogło Panu wcielić się w rolę w tym filmie czy wręcz przeciwnie, trochę przeszkadzało?
Filip Gurłacz: Zawsze jestem szczery podczas wywiadów i uczciwie powiem: nie mam pojęcia, jak odpowiedzieć na Pani pytanie, bo nie mam innego punktu odniesienia niż ten, który mam. Nie wiem, czy gdybym miał inne doświadczenia, byłoby mi łatwiej. Czy wręcz przeciwnie. Wierzę, że holistycznie moje doświadczenia życiowe wpływają na wszystko. Jestem przekonany, że zagrałem tę rolę – mnie została ona powierzona – właśnie dlatego, że byłem w miejscu, w którym byłem. Z dużą wdzięcznością patrzę na moje doświadczenia. Także te niełatwe. One doprowadziły mnie do tego momentu mojego życia.
Film wszedł na ekrany kin w sierpniu – miesiącu, w którym Kościół apeluje o trzeźwość. Myśli Pan, że produkcja filmowa może dołożyć cegiełkę do walki z uzależnieniem od alkoholu?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Mam głęboką wiarę i nadzieję, że ten film może być nie tylko obrazem, który dotrze do naszych uczuć. Że nie tylko go przeżyjemy, ale że dzięki niemu możemy też więcej zrozumieć. Wierzę, że ma on taki potencjał. Byłoby cudownie, gdyby uratował komuś życie. To musimy mocno podkreślić: uzależnienie jest chorobą śmiertelną. Ten film ma takie pole rażenia i może pokazać, że błędne jest założenie alkoholika: „To tylko moja choroba”. Uzależnienie dotyka wszystkich, zwłaszcza tych, którzy są obok. Niszczy tego, kogo kochamy, ale też cierpią przy tym inni. Tu jest położony główny akcent tego filmu. Twój alkoholizm to problem dla świata, który traci. Począwszy od twoich bliskich, którzy obserwują cię w domu, gdy jesteś pod wpływem, a kończąc na tych, którzy się ciebie boją, gdy ich zaczepiasz na ulicy. Mam nadzieję, że film pomoże zmienić serce i podjąć niełatwą drogę zdrowienia.
Świat spycha wiarę i Kościół na margines. Jak Pan traktuje głoszenie przez siebie świadectwa? Jako zobowiązanie? Jako zadanie? Czy może dług wdzięczności względem Boga?
Reklama
Idąc za tym, co mówił ks. Jan Kaczkowski, próbuję rozpoznać, czy moje świadectwo jest komuś potrzebne. Może utwierdza ludzi w Kościele, a może pomaga tym, których w Kościele nie ma? Podchodzę z wielką pokorą do świadectwa, ze szczerością, z uczciwością, tak jak ja to widziałem, jak to przeżyłem. Jestem wdzięczny, że mogę dzielić się tym świadectwem podczas kościelnych wydarzeń, ale staram się w nim uchronić przed ukrytą pogardą wobec ludzi, którzy nie mają swojej spektakularnej historii nawrócenia. Kiedyś podeszła do mnie wierząca koleżanka, z którą grałem w jednym serialu. Powiedziała mi wtedy: „Ty masz swoją historię nawrócenia – ja takiej nie mam. Zawsze byłam wierna, nigdy nie byłam jakimś łobuzem. Czasem ci trochę zazdroszczę...”. A ja wiem, że nie ma tu czego zazdrościć. I zadaję sobie pytanie: jakie ja mam prawo wychodzić i mówić do ludzi: „Kochani, piłem, brałem narkotyki, mocno rozrabiałem, kłamałem, pływałem w pysze, ale nagle, po jednej spowiedzi i znalezionym różańcu, moje życie się odmieniło. Zobaczyłem więcej i już tak nie robię”. A przecież dziś jestem na równi z tymi, którzy toczą swoją codzienną walkę o wierność Bogu. Staram się podchodzić do tego tematu uczciwie. Jestem wdzięczny Bogu, że jestem tu, gdzie jestem, że On jest dla mnie wart każdej mojej uwagi i czasu w życiu. Doświadczyłem cudów i dziś głośno o tym mówię: Mamy Boga cudów. I myślę sobie, że pięknie byłoby, gdyby inni też tego doświadczyli. Jeśli moje świadectwo może sprawić, że ktoś zaufa tak bardzo Bogu w swoim życiu, to moja historia jest absolutnie tego warta.
Szerokiej publiczności jest Pan znany jako aktor filmowy i teatralny. Część widzów pokochała Pana również na parkiecie w telewizyjnym programie tanecznym. Mimo tej ogromnej popularności podkreśla Pan, że najpierw jest katolikiem, mężem i ojcem. Niełatwo jest zachować taką hierarchię. Jak udaje się Panu dbać o małżeństwo, relacje z dziećmi i przekazywanie im wiary na co dzień?
Reklama
Nie wiem, kto wymyślił popularność, ale czasem zastanawiam się, czy nie Zły. Kiedy odbyła się premiera filmu, dostałem pod swoim adresem mnóstwo ciepłych słów. Gdy to wydarzenie się skończyło i pochlebstwa w moim kierunku się wyczerpały, od razu pobiegłem do żony i powiedziałem: „Jedźmy stąd, musimy się modlić”. Jezus też uciekł po rozmnożeniu chleba i ja bardzo mocno to poczułem; że to za dużo, że za głośno, że za bardzo człowiek jest w centrum. Ja na co dzień staram się iść za tym, czego uczy mnie moja wiara, bo wiem, że ten kierunek zaprowadzi mnie do nieba. Wszyscy na tym kierunku wiary korzystamy jako rodzina. W małżeństwie nie uciekam od trudnych rozmów, od budowania chropowatej relacji. Mam świadomość, że dzieci nie robią tego, co mówimy, więc staram się po prostu dawać im dobry, prosty przykład. Wierzę, że one będą ze mnie czerpać. Kiedy wchodzę z nimi do kościoła, pokazuję, jak klękam, a one klęczą obok mnie. Starszy patrzy w stronę Najświętszego Sakramentu, młodszy patrzy na mnie. Czynimy znak krzyża. Modlimy się wspólnie codziennie. Jak ważne jest wspólne śniadanie, tak samo ważne jest codzienne uklęknięcie i podziękowanie Bogu za cały dzień. Myślę, że to sprawi, iż takie będzie ich dzieciństwo, a potem młodość – w przyjaźni z Bogiem. Głęboko wierzę, że to dobra droga.
Film Odzyskany
Reżyserski debiut Marcina Kwaśnego. To poruszająca, pełna emocji opowieść o rodzinie, przebaczeniu i nadziei, która potrafi się odrodzić nawet w najbardziej beznadziejnych okolicznościach. To historia o utraconym dzieciństwie, tęsknocie za bliskością i walce o drugą szansę, zanim będzie za późno (rafael.pl). W rolę jednego z bohaterów – Janka wciela się Filip Gurłacz. Ma nadzieję, iż Odzyskany będzie czymś więcej niż tylko filmem, który wzrusza.
