Donald Turbitt to amerykański świecki lider katolickich wspólnot; mąż, ojciec, dziadek i pradziadek, były biznesmen i emerytowany strażak. Po doświadczeniu uzdrowienia żony przeżył nawrócenie i zaczął ewangelizować. Swoją posługę kieruje przede wszystkim do mężczyzn, choć często ewangelizuje wraz ze swoją żoną Patrycją. Prowadził misje i konferencje, m.in. w: Europie Wschodniej, Afryce, Wietnamie i na Syberii.
Czas nadziei
We Wrocławiu rozpoczął tygodniową polską trasę spotkań z mężczyznami. Pierwszym miejscem jego pobytu była parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, gdzie wygłosił konferencję zatytułowaną „Czas nadziei – siła, która podnosi mężczyzn”. Mówił o nadziei, która zawsze jest w Bogu, ale nie jest emocją, lecz duchową siłą.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Wskazał na zagadnienie wolności, podkreślając, że wszyscy chcemy czuć się wolni. Powstaje jednak pytanie: Wolność, ale od czego? Wspomniał o rewolucji seksualnej i emancypacji kobiet, które jednak nie sprawiły, że człowiek stał się bardziej wolny.
– Tylko Jednorodzony Syn Boży może was tak uwolnić, abyście byli prawdziwie wolni. Bo my potrzebujemy wolności od grzechu. Adam i Ewa byli całkowicie wolni, mieli wszystko, czego dusza zapragnęła, a potem zgrzeszyli i pojawił się lęk przed śmiercią. Chrystus zakończył ten lęk, wziął go na siebie, gdy umarł na krzyżu – mówił Donald Turbitt i wzywał do zaufania Bogu i Jego słowu.
Reklama
– Kiedy poznamy Jego słowo, możemy nabrać pewności, że otrzymamy wszystko, co to słowo obiecuje. Pobożne życzenia nie dadzą niczego. Ale pokładanie nadziei w Bożym słowie da wam wszystko, czego potrzebujecie – przekonywał Donald Turbitt i zachęcał do poznawania obietnic zawartych w Biblii.
Świadectwo
W tym kontekście wymowne było osobiste świadectwo, jakim się podzielił w odpowiedzi na pytanie o trudne wydarzenie, dotykające jego nadziei i wiary. Mówił o nieuleczalnej chorobie żony, która cierpiała na stwardnienie rozsiane, i o jej cudownym uzdrowieniu. – Gdy z zamówionej książki wypadł szkaplerz, ona wzięła ten szkaplerz i powiesiła sobie na szyi. Wtedy przez jej ciało przeszło coś podobnego do prądu elektrycznego. Parę tygodni później poszła do lekarza, który stwierdził, że została całkowicie uzdrowiona. Miałem nadzieję w Bogu, miałem nadzieję dla niej. To nie ja jednak to wyprosiłem, tylko On jej to dał – dzielił się Donald Turbitt.
Reklama
Kolejna próba przyszła później. – 10 lat temu. To był trudny czas. Moja córka poszła do lekarza i dowiedziała się, że ma raka piersi. Moja żona otrzymała tę samą diagnozę, dodatkowo miała raka nerki. To było ciśnienie! Ale to wcale nie znaczy, że straciłem nadzieję w Panu. Moja żona została uzdrowiona, zarówno z raka piersi, jak i raka nerki. Moja córka miała jednak takie stadium raka, w którym ludzie umierają po kilku dniach. Przeżyła jeszcze trzy lata. To było bardzo trudne, gdy patrzyłem jak cierpi. Modliłem się o jej uzdrowienie, ale bardziej chodziło o jej zbawienie – mówił Donald Turbitt i podkreślał: – Nikt nie powinien pochować własnych dzieci. Ale moja córka dobrze przygotowała się na śmierć. Nigdy nie straciłem nadziei na jej zbawienie.
Bądź szczęśliwy każdego dnia
Przywołał postać Abrahama, który uwierzył nadziei wbrew nadziei. – Nie wątpił w Bożą obietnicę, był całkowicie pewien, że Bóg dokona tego, co obiecał. Ale to Boży cel był centrum jego nadziei. Abraham był całkowicie pewien. Wy też możecie być absolutnie pewni – przekonywał i zaznaczył: – Nie ma jednak czegoś takiego, że będę cierpliwy, wytrwały i wtedy dostanie mi się to, czego chcę. I wtedy będę szczęśliwy. Bóg chce, byśmy byli szczęśliwi każdego dnia.
Program spotkania mężczyzn obejmował Mszę św., której przewodniczył bp Maciej Małyga. W homilii zwrócił uwagę na symbole i postacie, które towarzyszą nam w Adwencie, m.in. na św. Józefa. – Przypominają mi się słowa papieża Franciszka z jego listu Patris Corde: „Św. Józef był mężczyzną, który potrafił przemienić stajnię w dom” – mówił bp Małyga i wzywał do zawierzenia Jezusowi: – On jest naszą mocą, naszą siłą. On jest naszą nadzieją. To jest też hasło naszego dnia skupienia. Czas nadziei – siła, która nas podnosi.
Mężczyźni we Wrocławiu
– We Wrocławiu grupa Mężczyzn Świętego Józefa działa od 15 lat. Jesteśmy grupą katolickich mężczyzn z różnych wspólnot i parafii, a spotykamy się w kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła przy ul. Katedralnej 4 – mówi Grzegorz Filcek.
Spotkania odbywają się raz w miesiącu, natomiast dwa razy w roku organizowane są spotkania wyjazdowe dla mężczyzn. – W spotkaniach miesięcznych uczestniczy ok. 50-70 osób. W spotkaniach wyjazdowych tyle samo. Do wygłaszania konferencji zapraszamy osoby świeckie i duchowne. Spotkania zaczynają się o godz. 18 adoracją, później jest Msza św., konferencja i małe grupy. Wtedy mężczyźni mogą porozmawiać o wszystkich trudnych sprawach, które nie zawsze mogą poruszać w swoim domu, czy środowisku, np. z uwagi na to, że nie ma w nim mężczyzn o podobnych wartościach. Na tych spotkaniach mogą się czuć swobodnie i bezpiecznie – mówi Jacek Pasturak i dodaje: – Słuchamy konferencji, ale uczestniczymy też wspólnie w Eucharystii, która jest centrum naszego spotkania. Naszym kapelanem z nadania abp. Józefa Kupnego jest o. Jerzy Morański, który jest nie tylko kapelanem, ale przyjacielem, bratem i przewodnikiem duchowym.
Zejdź z kanapy!
Do Mężczyzn Świętego Józefa może należeć każdy mężczyzna. Jakie warunki należy spełnić? – Jeden podstawowy – trzeba mieć otwartość na wyjście z domu, zejście z kanapy i przyjście na spotkanie. To podstawowy warunek. Nie ma żadnych innych, nie ma znaczenia wykształcenie, status społeczny czy materialny. Nie prosimy o zaświadczenie od proboszcza, jesteśmy otwarci na każdego, ponieważ każdy może pogłębiać swoją wiarę. Nawet jeśli jest ona na poziomie minus dziesięć, to przychodząc tutaj, robi się ten pierwszy krok do jej odbudowywania. Zapraszamy każdego mężczyznę. Nawet jeśli jest on niewierzący a przychodzi, to znaczy, że chce uwierzyć, więc potrzebuje męskiego wsparcia duchowego, żeby wzrastać. Mężczyźni Świętego Józefa nie są grupą zamkniętą składającą się ze świętych. Dążymy do świętości, ale wszyscy mamy swoje słabości, porażki i upadki. A dzięki temu, że możemy się tym dzielić, nagle się okazuje, że ten upadek wcale nie jest taki dramatyczny, albo odosobniony. We wspólnocie łatwiej wstać niż samemu. A dzięki temu łatwiej też funkcjonować w życiu codziennym – podkreśla Jacek Pasturak.
